Góra ubrań, której nikt już nie chce
Góra ubrań, której nikt już nie chce

Workownia sklepu Hand in Hand w Halifaxie przypomina magazyn, którego nie da się opróżnić. Za zasłoną piętrzą się plastikowe worki wypełnione używanymi ubraniami. Piwnica również jest pełna, a dwa specjalnie powiększone pojemniki ustawione przed sklepem zapełniają się każdego dnia.
Kathy Broussard, dyrektorka prowadzonego przez organizację non-profit sklepu, początkowo ocenia, że zgromadzone za zasłoną rzeczy stanowią jedną czwartą ostatnich darowizn. Po chwili poprawia się – może jedną ósmą.

Kathy Broussard, dyrektor wykonawcza sklepu charytatywnego Hand in Hand w Halifax
To właściwie jeszcze gorzej. Pokazuje bowiem skalę strumienia odzieży przepływającego przez niewielki sklep.
Pracownicy i wolontariusze segregują wszystko, co dostają. Rzeczy nadające się do sprzedaży trafiają na wieszaki. Jeżeli przez około miesiąc nie znajdą nabywcy, są przenoszone do pojemników, z których można zabrać je za darmo. Dostają jeszcze jeden dzień. Potem pozostaje śmietnik.
– To bieżnia. To się nie kończy, cały czas coś przychodzi i odchodzi – mówi Broussard.
Problem w tym, że ostatnio przychodzi zdecydowanie za dużo.
Darowizna nie oznacza drugiego życia

Sklep charytatywny Hand in Hand działa w dzielnicy Spryfield w Halifax od około dwóch dekad. Problem braku zbytu nadwyżek towarów zaczął się około sześć miesięcy temu.
Przez lata system funkcjonował stosunkowo sprawnie. Sklepy charytatywne sprzedawały najlepsze rzeczy, a nadwyżki przejmowały inne organizacje. Ubrania trafiały następnie do hurtowników, były przerabiane na czyściwo przemysłowe, wypełnienia lub izolację albo eksportowane za granicę.
Dzięki temu osoba wrzucająca niepotrzebną kurtkę czy spodnie do pojemnika mogła mieć poczucie, że przedmiot otrzyma drugie życie.
Ten mechanizm zaczyna się jednak zacinać.
Hand in Hand od lutego nie może znaleźć odbiorcy swoich nadwyżek. Broussard szukała nowych możliwości, ale bez powodzenia. Liczba odbiorów śmieci ze sklepu wzrosła o 50 proc., a za każdy trzeba zapłacić.
Powstaje paradoks: organizacja charytatywna przyjmuje rzeczy przekazywane z dobrego serca, po czym musi wydawać pieniądze, żeby część z nich wyrzucić.
Podobny problem dotyczy sklepów w całej Kanadzie. National Diabetes Trust, prowadzący program zbiórki odzieży wspierający Diabetes Canada, czasowo wstrzymał odbiór nadwyżek ze sklepów charytatywnych w Nowej Szkocji, Ontario, Manitobie, Saskatchewan i Kolumbii Brytyjskiej.
Organizacja tłumaczy decyzję zmieniającymi się warunkami rynkowymi, nadmiarem zapasów i ograniczonymi możliwościami ich przetwarzania.
System, który przez dziesięciolecia pozwalał pozbywać się nadwyżek, zaczyna się rozpadać.
Fast fashion odkręciła kran
Charlotte Genge, zajmująca się gospodarką obiegu zamkniętego w branży tekstylnej, nie ma wątpliwości, gdzie znajduje się źródło problemu.
Kupujemy za dużo nowych ubrań.
Rozwój fast fashion radykalnie zmienił sposób traktowania garderoby. Ubranie przestało być przedmiotem kupowanym na lata. Niskie ceny i nieustannie zmieniające się kolekcje sprawiły, że dla wielu konsumentów stało się produktem niemal jednorazowym.
Jeżeli bluzka kosztuje niewiele, łatwiej kupić następną niż zastanawiać się, czy poprzednia jest naprawdę zużyta. Szafa się zapełnia, więc jej zawartość trafia do worka i zostaje przekazana organizacji charytatywnej.
Problem pozornie znika.
Tyle że nie znika. Zmienia jedynie właściciela.

Charlotte Genge, konsultantka ds. gospodarki o obiegu zamkniętym w tekstyliach, mieszka w Halifax, ale działa w branży odzieży używanej w całej Kanadzie.
– Prawdziwy problem polega na tym, że musimy zakręcić kran – mówi Genge.
Second-handy znajdują się na końcu ogromnego łańcucha konsumpcji i nie są w stanie w nieskończoność przyjmować wszystkiego, czego konsumenci postanowili się pozbyć.
Nawet świat nie pomieści wszystkich naszych ubrań
Przez lata wentylem bezpieczeństwa był eksport.
Kanadyjska używana odzież trafiała masowo do państw rozwijających się, gdzie znajdowała kolejnych właścicieli. Ten rynek nadal istnieje, ale również przechodzi ogromne zmiany.
Steven Bethell, współzałożyciel ottawskiej firmy Bank & Vogue, największego kanadyjskiego eksportera używanej odzieży, mówi wprost o „kryzysie nadmiaru rzeczy”.

Steven Bethell, współzałożyciel Bank & Vogue, firmy zajmującej się eksportem odzieży używanej z siedzibą w Ottawie, twierdzi, że rynek jest pod presją, ale spodziewa się, że sytuacja się unormuje, a sklepy z artykułami używanymi się dostosują.
Jego firma kupuje używaną odzież od organizacji w Ameryce Północnej i wysyła ją do ponad 30 krajów. Sam eksport pozostaje opłacalny, lecz koszty gwałtownie wzrosły.
Inflacja i wysokie ceny paliw sprawiły, że zebranie ubrań i przewiezienie ich do miejsca sortowania może dziś kosztować dwa lub nawet trzy razy więcej niż jeszcze kilka lat temu. Dochodzą opłaty związane z ryzykiem wojennym w transporcie przebiegającym w pobliżu Bliskiego Wschodu i Europy Wschodniej oraz nowe opłaty nakładane na import używanej odzieży przez niektóre państwa afrykańskie.
Zmieniła się także konkurencja.
Jeszcze około dekady temu – według Bethella – 70–80 proc. używanych ubrań sprzedawanych w Kenii pochodziło ze Stanów Zjednoczonych lub Kanady. Dzisiaj około 70 proc. nie pochodzi już z Ameryki Północnej. Ogromnym dostawcą stały się Chiny.
Państwo, które kiedyś było odbiorcą używanej odzieży, stało się jej wielkim producentem i eksporterem.
Kanada nie może więc zakładać, że reszta świata zawsze przyjmie to, czego Kanadyjczycy już nie chcą.
Zmienia się również biznes second-handów
Do kłopotów organizacji charytatywnych dokładają się zmiany zachodzące na samym kanadyjskim rynku.
Jednym z ważnych odbiorców odzieży zbieranej przez organizacje non-profit był przez lata Value Village. Firma nie jest organizacją charytatywną, ale od dawna współpracuje z sektorem dobroczynnym i kupuje od niego ubrania.
Jej model zaopatrzenia stopniowo się jednak zmienia.
Z raportów przedsiębiorstwa wynika, że bardziej opłacalne są rzeczy przekazywane bezpośrednio do Value Village niż odzież kupowana hurtowo od organizacji non-profit. W 2019 roku bezpośrednie darowizny stanowiły 53 proc. przetwarzanych przez firmę rzeczy. W 2025 roku było to już 78 proc.
Dla przedsiębiorstwa jest to racjonalna decyzja biznesowa. Dla organizacji charytatywnych oznacza jednak kurczenie się kolejnego kanału pozwalającego zagospodarować niesprzedane rzeczy.
Każda taka zmiana sprawia, że coraz więcej worków zostaje na miejscu.
A gdy nie ma już miejsca w magazynie, pozostaje kontener.
Ekologiczne złudzenie
W tym miejscu pojawia się najbardziej niewygodne pytanie: czy oddawanie ubrań na cele charytatywne rzeczywiście jest zachowaniem ekologicznym?
Oczywiście może nim być. Dobrej jakości ubranie, które znajdzie nowego właściciela i będzie używane przez kolejne lata, rzeczywiście pozostaje w obiegu.
Samo przekazanie rzeczy nie gwarantuje jednak, że tak się stanie.
Jeżeli każdego roku kupujemy coraz więcej odzieży, a następnie ogromną część garderoby przekazujemy dalej, system w pewnym momencie przestaje być gospodarką ponownego użycia. Staje się jedynie bardziej skomplikowanym sposobem transportowania odpadów.
Najpierw z naszej szafy do sklepu charytatywnego. Potem do hurtownika. Następnie być może przez ocean. A na końcu – jeżeli nikt rzeczy nie zechce – i tak na wysypisko.
Problem został jedynie przesunięty geograficznie.
Ubranie powinno stać się surowcem
Genge uważa, że rozwiązania trzeba szukać również w przepisach.
Jednym z nich mogłaby być rozszerzona odpowiedzialność producenta. Zasada jest prosta: firma wprowadzająca produkt na rynek ponosi część odpowiedzialności także za to, co stanie się z nim po zakończeniu użytkowania.
Podobne mechanizmy funkcjonują już w przypadku innych kategorii odpadów. W odniesieniu do tekstyliów mogłyby wymusić stworzenie systemu ich zbierania, sortowania i przetwarzania.
Drugim rozwiązaniem byłoby obowiązkowe wykorzystywanie określonego udziału materiałów pochodzących z recyklingu w nowych produktach.
Dziś przetwarzanie tekstyliów w Kanadzie odbywa się na bardzo ograniczoną skalę. Materiały z recyklingu często przegrywają cenowo z nowymi surowcami. Bez regulacji producent ma więc niewiele powodów ekonomicznych, by wybierać droższe rozwiązanie.
– Odpady są zasobem – przekonuje Genge.
To oznacza zmianę sposobu myślenia. Stara koszulka nie musi być śmieciem. Jej włókna mogą stać się materiałem do produkcji kolejnego wyrobu. Potrzebna jest jednak infrastruktura, której dzisiaj wciąż brakuje.
Trzeba kupować mniej
Nawet najlepszy recykling nie rozwiąże jednak problemu, jeśli ilość produkowanych i kupowanych ubrań będzie rosła bez końca.
I właśnie tutaj historia wraca do piwnicy niewielkiego sklepu w Halifaxie.
Kathy Broussard może znaleźć kolejnego odbiorcę. Eksporterzy mogą odkryć nowe rynki. Organizacje mogą postawić większe pojemniki. Samorządy mogą rozbudować system recyklingu.
Każde z tych rozwiązań kupuje jednak przede wszystkim czas.
Bo kryzys używanej odzieży nie zaczyna się przy kontenerze stojącym przed second-handem. Zaczyna się znacznie wcześniej – przy produkcji kolejnej taniej kolekcji i przy naszej decyzji, by kupić następną rzecz tylko dlatego, że kosztuje niewiele.

Bele posortowanej odzieży używanej widoczne w zakładzie w Nowym Tajpej na Tajwanie
Przez lata przyzwyczailiśmy się do wygodnej myśli, że ubranie, którego już nie chcemy, wystarczy komuś podarować. Ktoś je przecież weźmie, sprzeda, wykorzysta albo wyśle tam, gdzie będzie potrzebne.
Góra worków w Halifaxie pokazuje, że ten model dochodzi do granicy swoich możliwości.
Nie wystarczy już zastanawiać się, co zrobić z ubraniami, których nie potrzebujemy. Coraz ważniejsze staje się pytanie, dlaczego produkujemy i kupujemy ich aż tyle.
This page imported from Bejsment
Comments (0)